Monthly Archives: Sierpień 2011

„Świadek” Ilja Mitrofanow

 

Wydawnictwo Claroscuro

Liczba stron: 157

Moja ocena: 6 / 6

 

Po przeczytaniu recenzji u Agnieszki na Życiowej pasji bibliofila byłam pewna, że chcę się z nią zapoznać, ponieważ mało czytałam książek o ZSRR właściwie tylko te w kanonie lektur szkolnych, a temat jest ciekawy. „Świadek” zaczyna się od opisywania absurdalnej władzy ZSRR, by przejść w tematykę znacznie poważniejszą.

Głównym bohaterem i narratorem książeczki jest Fiodor Pietrowicz Pokora – fryzjer i golibroda. Swoją historię zaczyna od opisu nauki zawodu, kiedy jeszcze Kotłowiną rządzili Rumuni. Szybko jednak do Besarabii przyjeżdża Armia Czerwona i nowy naczelnik, w całej okolicy rozpoczynają się nowe porządki wprowadzone przez władzę. Fiodor jest człowiekiem prostym, uczciwym, obdarzonym niezwykłym darem obserwacyjnym, który pozwala mu szybko oceniać ludzi, wchodzących do zakładu. Pewnego dnia próg przekracza nowy naczelnik Paweł Pietrowicz – człowiek oddany władzy, ale wykorzystujący swoją wysoką pozycję. Nie zważa on na mieszkańców, liczą się tylko wyniki, które przedstawia wyższym szczeblom władzy. Życie w Kotłowinie zmienia się jeszcze bardziej, kiedy powoli wkrada się w nie głód…

Atutem powieści jest miejsce akcji. Kotłowina leży, a właściwie leżała w Besarabii, obecnie jest to teren na granicy Mołdawii z Ukrainą. Jest to tygiel kulturowy, mieszkańcy są różnej narodowości, dzieli ich język, światopogląd, ale mają wspólną tradycję. Mimo wszystkich różnic mieszkańcy Besarabii są wspólnotą postawioną w sytuacji dramatycznej.

Powieść zaczyna się jak satyra na władzę ZSRR. Na pierwszy rzut oka widać absurd wprowadzanych dekretów, które dodatkowo opatrzone są trafnym komentarzem Fiodora. Jednak w miarę rozwoju fabuły lekka opowieść zmienia się diametralnie w bardzo trudną historię o człowieczeństwie, ludzkiej godności. Widzimy jak zachowują się ludzie w sytuacji skrajnej. I ta część książki jest przerażająca, trudno się oderwać od tej historii, trudno o niej zapomnieć… To wręcz zaskakujące, że z taką lekkością oddać ciężar wydarzeń.

Język jest bardzo mocną stroną tej książki. Tłumacz wykonał naprawdę solidną pracę. Książka w oryginale była pisana nieistniejącym już dzisiaj dialektem rosyjskiego, a tłumacz zrobił wszystko, żeby po polsku również brzmiało to jak archaiczny dialekt i udało się to wyśmienicie. Narrację przeplatają zwroty z innych języków jak ukraiński, czego nie mogło zabraknąć przy spotkaniu ludzi różnych narodowości. Ale nie martwcie się wszystko, co mogłoby stanowić problem dla czytelnika jest wyjaśnione w przypisach.

Całości dopełnia przepiękne wydanie tej książki. Okładka wygląda jak stary brulion i ma również chropowatą fakturę. Strony w środku poprzedzielane są liniami jak w zeszycie. Nawet czcionka imituje odręczne pismo, a numery stron wyglądają jak wystukane na maszynie do pisania. Naprawdę wydawnictwo przyłożyło się do wydania tej książki. Aż chce się ją mieć na półce 🙂

Bardzo polecam „Świadka”! Dla mnie to świetna, poruszająca powieść i tak jak napisał tłumacz Aleksander Horodecki miałam wrażenie obcowania z wielką literaturą. „Świadka” trzeba przeczytać.

Bardzo dziękuję Agnieszce, która zgodziła się pożyczyć mi książkę 🙂

7 komentarzy

Filed under Książki

„Starcie królów” George R. R. Martin

Wydawnictwo Zysk i S-ka

II tom cyklu „Pieśń lodu i ognia”

Ilość stron: 920

Moja ocena: 5,5 / 6

Po tym jak bardzo spodobała mi się „Gra o tron” było kwestią czasu aż sięgnę po kolejny tom cyklu. „Stracie królów” nie rozczarowało mnie, a wręcz przeciwnie bawiłam się dużo lepiej niż przy pierwszym tomie. W dużej mierze było to spowodowane tym, że już znałam bohaterów i świat i nie musiałam się długo zastanawiać, kim jest dana postać, jak to miało miejsce podczas czytania tomu pierwszego.

Postanowiłam nie opisywać treści „Starcia królów”. Zrobiono to już w wielu miejscach, a nie chciałabym zepsuć komuś czytania zdradzając jakiś fakt jeszcze z „Gry o tron”. Powiem tylko że wydarzenia opisywane w „Starciu królów” dzieją się od razu po zakończeniu „Gry…”. Nie ma żadnej przerwy w czasie, wątek podejmowany jest natychmiast. Narracja opisywana jest z perspektywy tych samych postaci, co w pierwszej części, ale brak narracji Robba Starka, co akurat mnie zaskoczyło, bo w zasadzie o poczynaniach Robba dowiadujemy się tutaj z wiadomości i plotek. Mamy za to postać Theona Greyjoya, który dostaje swój rozdział i jest prawie tak samo irytujący jak Joffrey i Davosa Seawortha, który jest zupełnie nową postacią w cyklu.

W drugim tomie dzieje się dużo, wydaje mi się, że nawet więcej niż w „Grze…”. Na pewno nie znajdziemy tutaj dużo epickich opisów bitew, bo w zasadzie tylko jedna została opisana z dokładnością, ale za to jest mnóstwo intryg, czyli tego co w tym cyklu najbardziej lubię 🙂 Fabuła nie jest przewidywalna, byłam zaskoczona w wielu momentach, nie licząc może wątku Daenerys, który myślę, że wiem dokąd zmierza i mam nadzieję, że się mylę, bo byłoby to bardzo schematyczne. Warto też napisać, że mamy w tym tomie o wiele więcej magii i nadprzyrodzonych wydarzeń, ale trzymają się kupy i nadają tylko pikanterii całej historii. W zasadzie są tylko ukłonem w stronę czytelników.

Martin pisze tak jakbyśmy oglądali film. Nie ma w jego narracji rozległych opisów, które nużą czytelnika. Brak patosu tak charakterystycznego dla pisarzy tego gatunku. Akcja jest bardzo dynamiczna, przestojów jest niewiele (a przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie). Bardzo mi się podobało, że niektóre intrygi prowadzone przez postaci nie są opisywane wprost od samego początku, ale dostajemy wskazówki do rozwiązania zagadki i albo się domyślimy na czym koncept polega, albo za kilkadziesiąt stron wszystko się wyjaśni.

Nie będę pisać więcej 🙂 Z wielu powodów „Starcie królów” podobało mi się bardziej niż „Gra o tron”, a na pewno trzyma bardzo wysoki poziom, jaki narzucił tom pierwszy, a to się nieczęsto zdarza w cyklach. Na półce czeka na mnie kolejny tom i chyba sięgnę po niego natychmiast 🙂 Jestem ciekawa, czy seria utrzyma wysoki poziom do końca, czy znajdzie się jakiś przestój. „Pieśń lodu i ognia” polecam wszystkim miłośnikom fantastyki i tym, którzy podchodzą sceptycznie, bo to świetne powieści i ma w nich wielu fantastycznych motywów.

Moja recenzja tomu pierwszego – „Gra o tron”

2 komentarze

Filed under Książki

„Dziewczyna, która igrała z ogniem” Stieg Larsson

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM   PRZEZ  SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE

Wydawnictwo Czarna Owca

II tom cyklu „Millenium”

Liczba stron: 700

Moja ocena: 4,5 / 6

 

 

Po krótkiej przerwie sięgnęłam w końcu po drugi tom cyklu „Millenium” Larssona. Pierwszy tom trochę mnie rozczarował, ale przyznaję, że moje oczekiwania były bardzo wysokie. Z drugim sprawa wygląda już trochę inaczej, bo uważam, że jest o wiele lepszy.

Ponownie spotykamy Lisbeth Salander i Mikaela Blomkvista jakiś rok po wydarzeniach z tomu pierwszego. Salander włóczy się po świecie i czyta książki na temat matematyki, a Blomkvist pracuje w „Millenium”, romansuje z kobietami. Mikael ciągle szuka kontaktu z Lisbeth i nie rozumie, co takiego się stało, że dziewczyna zerwała znajomość, ale stara się uszanować jej decyzję. Redakcja „Millenium” zaczyna pracować nad tematem na miarę afery Wennerstroma – traffickingiem (w zasadzie pojęcie to oznacza handel ludźmi ogólnie, ale w powieści koncentrują się na wątku handlu kobietami i prostytucji). Lisbeth natomiast jest nieświadoma, że adwokat Nils Bjurman dokładnie bada jej przeszłość i stara się odegrać na niej oraz usunąć ją ze swojego życia. W końcu (jak mówi tył okładki) Lisbeth zostaje wplątana w ogromną aferę, a Blomkvist jako chyba jedyny wierzy w jej niewinność i stara się oczyścić jej imię.

Fabuła jest misternie skonstruowana. Każdy element jest istotny i chociaż na początku patrzyłam bardzo sceptycznie na dwa różne wątki – ten Blomkvista i drugi dotyczący Lisbeth, to ku mojemu zdziwieniu wątki połączyły się całość niczym pasujące do siebie puzzle. Dużym plusem jest to, że w tym tomie możemy dokładnie poznać przeszłość Lisbeth – dowiemy się dlaczego została ubezwłasnowolniona i czym jest Całe Zło. Przyznaję, że akurat ten wątek mnie zaskoczył, bo już w pierwszym tomie zaczęłam sobie wyobrażać coś zupełnie innego.

Odniosłam natomiast wrażenie, że jakieś 100-150 stron tej książki jest zupełnie niepotrzebne, dopiero gdzieś za połową naprawdę zaczęło się Dziać. Trochę za długo trwało to łączenie się wątków w spójną całość. Czy wy też macie wrażenie, że Larsson podaje nam zbyt dużo niepotrzebnych szczegółów? Chodzi mi o opis zakupów Lisbeth w Ikei, gdzie dokładnie możemy dowiedzieć się nie tylko, jakie meble kupuje, ale również z jakiej są kolekcji albo kiedy w pierwszym tomie kupiła nowy komputer i dostaliśmy jego dokładne parametry. Mocno mnie to drażniło i właściwie do teraz nie rozumiem, po co te informacje?

Moim największym zarzutem jest zakończenie, którego właściwie nie ma w tym tomie. Mamy wielki rozmach w finale (dla mnie zbyt naciągany), ale nie wszystkie wątki są dopięte i brakuje epilogu, omówienia całej fabuły na koniec. Podejrzewam, że znajdę to wszystko na początku trzeciego tomu, ale naprawdę bardzo nie lubię takich zabiegów. Wolę sięgnąć po kolejny tom, bo poprzedni był bardzo dobry, a nie po to żeby zobaczyć jak historia się kończy.

Mimo moich zarzutów uważam, że ten tom jest lepszy niż „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, intryga była bardzo przemyślana i trzymająca w napięciu. Lisbeth jest genialną bohaterką i rozumiem, skąd taki szał na jej postać – sama uległam jej urokowi 🙂 Na zakończenie dodam, że bardzo podobał mi się przekład, był dużo lepszy niż tłumaczenie pierwszego tomu, który z jakiś powodów irytował mnie.

„Dziewczynę, która igrała z ogniem” polecam, jako solidny kryminał z dobrą intrygą i dla Lisbeth Salander, którą warto poznać 🙂

 

Moja recenzja pierwszego tomu.

1 komentarz

Filed under Książki

„Kara” Maja Wolny

 

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Liczba stron: 213

Moja ocena: 5 / 6

 

 

 

„Kara” to pierwsza książka, jaką dostałam w ramach akcji promowania polskich autorów – „Włóczykijka”, do której dołączyłam niedaleki czas temu. Bardzo dobrze się złożyło, że ta książka dotarła do mnie jako pierwsza, ponieważ urzekła mnie.

Główną bohaterką i narratorką powieści jest Karolina nazywana Karą. Kara właśnie kończy 30 lat i jedzie E40 do Belgii, gdzie mieszka razem z mężem i córką. W drodze dokonuje swoistego rachunku sumienia, opowiada z dużym dystansem, jak potoczyło się jej życie. A muszę przyznać, że dosyć burzliwe to było życie. Kara wyjechała na Erasmusa do Brukseli i na jednym z wykładów poznała Jana – 20 lat starszy, w połowie Polak, w połowie Belg. Bardzo dokładnie poznajemy świat uczuć Karoliny, jej rozdarcie pomiędzy Wschód a Zachód. Równolegle do losów Karoliny poznajemy życie jej teścia Józefa, które ona sama opowiada. Józef brał udział w wojnie, a podczas przepustki na w Belgii poznaje Marie-Christine, w której zakochuje się z wzajemnością. Zachód tak go kusi, że oświadcza się Marie i układa sobie życie w Brukseli. Jednak podobnie jak w życiu Kary wcale nie jest tak różowo.

Książka napisana jest przepięknym językiem, z niezwykłą wrażliwością. Karolina jest postacią z krwi i kości, opowiada o swoim życiu z dystansem, ale dokładnie analizuje swoje uczucia. Miejscami może wydać się to zbyt zdystansowane, myślę, że sama nie potrafiłabym opowiadać w ten sposób o niektórych wydarzeniach z mojego życia, ale nie sądzę, że jest to niemożliwe.

Trudno mi pisać o tej książce. Przeczytałam ją w zasadzie jednego dnia i bardzo poruszyły mnie losy Kary. Tajemnice rozwiązują się powoli, autorka nie odkrywa od razu wszystkich kart, a dawkuje napięcie. Za to bardzo rozczarowało mnie zakończenie. W zasadzie pomyślałam, że jest opcja, że wydarzy się coś takiego, ale równocześnie myślałam, że to najgorsze co może się stać… i stało się.

Książkę polecam i myślę, że warto po nią sięgnąć. To naprawdę proza wysokiej próby, o ludziach samotnych, wyobcowanych. Myślę, że często życie na emigracji tak wygląda, choć nie mogę tego stwierdzić na pewno.

 

Książkę przeczytałam dzięki akcji Włóczykijka

7 komentarzy

Filed under Książki

„Wpuść mnie” John Ajvide Lindqvist

 

Wydawnictwo Amber

Liczba stron: 364

Moja ocena: 3,5 / 6

 

 

 

„Wpuść mnie” jest debiutem szwedzkiego pisarza Lindqvista, którego późniejsze powieści również zostały wydane w Polsce, ale nie są tak popularne jak ta. Wszystko za sprawą filmu („Pozwól mi wejść”), a właściwie filmów, bo po szwedzkiej ekranizacji, Amerykanie postanowili stworzyć swoją wersję ( nie rozumiem po co). Filmu nie oglądałam żadnego, ale z tego co słyszałam, jest całkiem dobry (szwedzka wersja), aczkolwiek nie jeśli ktoś szuka klasycznego horroru to się rozczaruje. Przejdźmy do książki.

Oskar jest dwunastoletnim chłopcem, który razem z mamą mieszka na osiedlu na obrzeżach Sztokholmu. Oskar jest dręczony w szkole przez kolegów z klasy psychicznie i fizycznie. Moczy się, kiedy jest przerażony, ale od początku wzbudza w czytelniku sympatię. Na jego osiedlę wprowadza się dziewczynka w jego wieku razem z tatą, którą jednak widuje tylko po zmroku. Eli (bo tak ma na imię) postrzega Oskara zupełnie inaczej niż dzieciaki w szkole. Powoli buduje się ich przyjaźń. W tym samym czasie Sztokholmem wstrząsają brutalne morderstwa nazwane przez media rytualnymi. Autor od razu zdradza nam tożsamość mordercy, ale powoli zdradza nam, dlaczego dokonuje właśnie takich morderstw.

Ogromnym plusem powieści jest sposób w jaki dawkowane jest napięcie. Akcja rozwija się dosyć szybko, ale napięcie budowane jest bardzo sukcesywnie. Jednak gdzieś w połowie książka traci swój rozmach i szczególnie wątek z „rytualnym mordercą” strasznie mnie nużył. Za to opis przyjaźni Eli i Oskara od początku do końca trzymał wysoki poziom.

Z jednej strony „Wpuść mnie” to piękna historia o przyjaźni, a z drugiej pełna grozy opowieść o odrzuceniu, o wampirach. Już zdanie na okładce książki informuje nas, że jest to połączenie horroru z powieścią psychologiczną. Rzeczywiście opowieść zawiera dość brutalne opisy i na pewno nie chciałabym obejrzeć pewnych scen na ekranie.  Były momenty, gdzie zaczynałam się bać, ale jak już wspominałam pewne wątki były bardzo nużące.

Wampiry w tej opowieści są dziwne. Nie takie jak w „Zmierzchu” (na szczęście), ale też nie takie klasyczne jak w mitologii. Wampiryzm jest tu opisywany jak rodzaj zarazy, picie krwi jest warunkiem przeżycia i przykrą koniecznością, większość wampirów wybiera drogę samobójczą, gdyż nie są w stanie znieść takiej egzystencji. Muszę przyznać, że przypadło mi do gustu takie patrzenie na wampiry.

Dużym plusem jest dla mnie zakończenie. Nie mamy go podanego na tacy, dowiadujemy się, co się stało z opisów innych, a części sami musimy się domyślić. Lubię takie otwarte zakończenia. Książka jest bardzo nierówna, ale dobrze mi się ją czytało. Jest wciągająca i choć momentami nużąca to warto po nią sięgnąć.

I jeszcze na zakończenie moja uwaga. Nie mam zielonego pojęcia, kto napisał opis książki na tył okładki, ale na pewno nie przeczytał tej powieści, bo treść książki ma się nijak do tego opisu…

Dodaj komentarz

Filed under Książki