Monthly Archives: Listopad 2011

Moje stado :)

Obiecywałam prywatę na blogu, a skupiłam się tylko na recenzjach 🙂 Prawda jest taka, że ja zazdrośnie strzegę swojej prywatności, co jest naprawdę zaskakujące w moim wieku i w dobie wszystkich fejsbuków itp. chociaż nie mam obsesji na tym punkcie, bo nie chcę też być anonimowa. Czasem ciężko znaleźć równowagę, ale póki co jakoś mi wychodzi. Oczywiście konto na wspomnianym fejsbuku posiadam i nawet loguję, co kilka sekund, ale niespecjalnie często umieszczam zdjęcia, choć oczywiście się zdarza. Taka jestem i nie chcę tego zmieniać 🙂

Dzisiejsza prywata zatem będzie nie tyle o mnie, co o naszym nowym członku rodziny (lub stada jak lubi mówić nasz weterynarz). Przedstawiam kota Ryszarda 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ryś dołączył do kota Edwarda (poniżej w pełnej okazałości) i choć początek był ciężki – Edward obraził się na nas i nie tolerował Rysia, to jest już coraz lepiej (zdjęcie poniżej to ich wspólna zabawa). Wczoraj miałam ochotę wydać jakieś przyjęcie, kiedy koty spały wtulone w siebie 🙂 Edward wraca do siebie i już pozwala się dotknąć, choć zdarza mu się jeszcze pokazać małemu, gdzie jego miejsce, to można już powiedzieć, że będą przyjaciółmi. Nawet nie wiecie jaka to ulga, bo Edward coraz dłużej zostaje w domu sam i to głównie z myślą o nim zdecydowaliśmy się z moim Michałem na drugiego kota. Przeszłam poważny kryzys w pierwszych dniach, uspokajały mnie tylko historie na forach kociarzy, którzy również przechodzili przez oswajanie się kotów, a główna rada brzmiała – cierpliwości. Teraz kotki biegają jak szalone i bawią się razem 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rysia zabraliśmy ze sklepu zoologicznego w zasadzie za darmo, choć kupiliśmy od razu małą wyprawkę 🙂 Był największy z kociaków (chociaż ma dopiero 3 miesiące) i pewnie wkrótce zostałby oddany do schroniska. Pod wpływem impulsu i tego że miauknął na mnie – stał się jednym z domowników 🙂

Pozdrawiam innych kociarzy, bo wiem, że wśród blogerów ich nie brakuje 🙂

Reklamy

3 Komentarze

Filed under Prywatnie

„Nell” Anna Rybkowska

Wydawnictwo Red Horse

Tom I cyklu „Nell”

Ilość stron: 784

Moja ocena: 4,5 / 5

Sięgnęłam po „Nell” po wielu pozytywnych opiniach, jakie czytałam na innych blogach. W zasadzie nie wiedziałam wiele o tej książce poza tym, że należy do szeroko pojętej literatury kobiecej i że jest debiutem literackim. Powieść porwała mnie i oczarowała!

Natalia jest czterdziestolatką z czwórką dzieci i wspaniałym mężem. Jej życie może nie jest usłane różami i sporo brakuje do ideału, ale nie ma również powodów do narzekań. Sama Natalia jest spełnioną matką i żoną, szczęśliwą kobietą. Cieszy się z drobnych rzeczy jak na przykład zakupy w angielskiej odzieży używanej. Skończyła anglistykę i stara się, nie tracić kontaktu z językiem, w czym pomaga jej internet. Dla żartu wysyła swoje zdjęcie i zmyślony opis życia na stronę internetową idola swojej córki, rockowego piosenkarza – Williama Barlowa. Los chciał, że Barlow zobaczył to zdjęcie i postanowił nawiązać kontakt z piękną, roześmianą kobietą. Na początku Natalia wciąż traktuje to jak żart i brnie w opis siebie jako studentki, ale niespodziewanie cała sprawa staje się coraz bardziej poważna.

Totalnie zatopiłam się w tej powieści. Polubiłam Natalię, chociaż jej niezdecydowanie i niektóre rozterki (te początkowe, bo późniejsze są całkiem uzasadnione) bardzo mnie irytowały. Denerwowało mnie jej zachowanie kobietki – mówi „nie”, ale robi wszystko na „tak”. Jednak w moim przekonaniu to dobrze świadczy o tej postaci, bo sto razy bardziej wolę taką Nell, która wyzwala moje emocje od jakiejś szarej bohaterki, która jest płaska jak kartka papieru, na której została opisana.

Pomimo wielu zarzutów, że Barlow nie intryguje i nie widać miłości pomiędzy nim a Nell, ja to dostrzegłam. Postać Williama zaintrygowała mnie podobnie jak Nell. Myślę, że jest jeszcze wiele faktów o nim, które pozwolą pełniej zrozumieć i opisać tego bohatera w kontynuacji „Nell”. Odniosłam wrażenie, że Barlow wymyka się pełnej charakterystyce i że jest to celowe. W powieści widać tylko część Williama Barlowa – tego którego widzi Natalia (również nie w pełni, bo często dostajemy tylko wyrywki ich dialogów) oraz to, co o nim opowiadają ludzie, a potrafią to być całkiem sprzeczne historie.

Najmocniejszy atut „Nell” to emocje. Obok tej historii nie można przejść obojętnie. Łatwiej przyjdzie nam wybaczyć mężczyźnie, który dla miłości porzuci swoją rodzinę niż kobietę, matkę – taką osądzimy w kilka sekund i bez zastanowienia. Podejrzewam, że stąd też wiele negatywnych opinii o tej książce. Jednak w tej kwestii Natalia broni się sama swoimi rozterkami, przemyśleniami. Ta cała sytuacja wcale nie była dla niej łatwa, o czym niejednokrotnie przyjdzie nam się przekonać.

Historia o wielkiej miłości, o trudnym romansie, który broni się uczuciem szybko przemienia się w bardzo mroczny dramat. To co jeszcze chwilę temu fascynowało zacznie niepokoić. Pełno tutaj domysłów, oskarżeń. To trudna książka, niby czytadło, a jednak nie. Przyznam, że był moment, w którym nużyła mnie „Nell”, ale trwał naprawdę krótko. Za to zakończenie jest chyba najlepsze z możliwych, choć szczerze to pragnęłam zupełnie innego, ale w tej kwestii nadzieją jest dla mnie kontynuacja „Nell” – „Jednym tchem”.

Naprawdę polecam „Nell” Anny Rybkowskiej – to świetna, niepokojąca książka. Warto samemu sobie wyrobić opinie na temat Nell i Williama 🙂

6 Komentarzy

Filed under Książki

„Smutny to oręż, co nie broni się słowem” Marina Mayoral

Wydawnictwo Muza

Seria wydawnicza Salsa

Ilość stron: 131

Moja ocena: 4/6

 

 

 

 

Bardzo lubię książki z serii wydawniczej „Salsa” i tym chętniej kilka zakupiłam w niedawnej promocji, jaką odnalazłam. Z twórczością Mariny Mayoral już wcześniej się spotkałam, dlatego nie był to zakup w ciemno. Jednak ta książka zaskoczyła mnie. Początkowo byłam bardzo krytyczna, ale niespodziewanie znalazłam w tej malutkiej książeczce więcej treści niż w niektórych wielostronicowych powieściach.

Podczas wojny domowej w Hiszpanii pomiędzy obrońcami republiki a zwolennikami generała Franco poznajemy losy dwóch dziewczynek – dwunastoletniej Harmonii i sześcioletniej Rosy. Ich rodzice nie chcą, aby wychowaniem dziewczynek zajęła się rodzina, która nie dzieli ich poglądów i ideologii, dlatego oddają je do domu dziecka, a następnie wysyłają statkiem do Związku Radzieckiego. I właściwie od tej podróży rozpoczyna się historia życia Harmonii, Rosy oraz ich rodziców.

Fabuła książki jest nieco naiwna. Śledzimy losy dziewczynek, obserwujemy zmagania matki-pielęgniarki i ojca-żołnierza na froncie, ale wiele rzeczy układa się aż za dobrze, twierdzę nawet, że w prawdziwym życiu nie byłoby tak łatwo z wieloma wydarzeniami. Stąd czerpała się moja krytyka tej powieści, ale później zdałam sobie sprawę, że to w zasadzie nie jest aż tak istotne dla przesłania opowieści. Bo Marina Mayoral w sposób bardzo subtelny komentuję wojnę, pokazuje jej bezsens i konsekwencje dla jednostek, które zostają uwikłane wbrew własnej woli (dziewczynki i inne dzieci w ZSRR).

Bardzo ważne jest pokazanie rodziców Harmonii i Rosy, którzy są w stanie poświęcić naprawdę wiele w imię ideałów, w które wierzą, wreszcie – o które walczą. Jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić w imię tego, w co wierzymy? Co wybierzemy, kiedy życie postawi nas przed niewygodnym wyborem między ideałami a rodziną? Wątek matki dziewczynek był dla mnie kluczowy, choć nie on wysuwa się na pierwszy plan rozmyślań w tej książce.

Pomimo niewielkiej objętości książka naprawdę zmusza do myślenia i z tego powodu warto ją przeczytać. Historia nie jest może porywająca i pewnie szybko o niej zapomnę, ale refleksje i przemyślenia, jakie we mnie wyzwoliła pozostaną na znacznie dłużej.

4 Komentarze

Filed under Książki