Monthly Archives: Listopad 2013

Śląscy Blogerzy Książkowi i spotkanie w księgarni Victoria

Jeśli ktoś śledzi blogosferę książkową to na pewno widział już mnóstwo postów o tym tytule, ale przecież musimy się pochwalić z Beatą, że też tam byłyśmy i też będziemy działać 😉 Tym bardziej że było to dla nas pierwsze spotkanie poza internetami z tą szaloną i energiczną grupą. Dyskusje i pomysły mogłam obserwować już jakiś czas na grupie na FB, ale mimo chęci zawsze brakowało mi czasu, aby w końcu wszystkich poznać. Udało się to w zeszłym tygodniu w Zabrzu – właśnie w księgarni Victoria, gdzie będzie mieściła się nasza kwatera główna.

IMG_8835

Chyba nie miałam jeszcze okazji przedstawić na blogu Śląskich Blogerów Książkowych, chociaż wspominałam o nich przy okazji recenzji „Posiadłości” Maggie Moon, którą grupowo promujemy, ale przyda się trochę więcej słów na temat. Jak mówi sama nazwa naszej grupy, zrzeszamy blogerów ze Śląska i okolic, ale chcemy nie tylko się zrzeszać, chcemy działać lokalnie i zrobić razem coś fajnego. Na szczęście pomysłów nie brakuje! Problemem było dla nas tylko jakieś zaplecze logistyczne, ale to już nieaktualne, ponieważ zostaliśmy przygarnięci przez zabrzańską księgarnię Victoria, a kierowniczka Gosia, na której zaproszenie się tam udaliśmy ma równie duży zapał, co my. Już na spotkaniu zdążyliśmy omówić dwa pomysły, które zamierzamy wcielić w życie w najbliższych miesiącach. Pierwszy na pewno spotka się z dużą radością, bo można będzie wygrać coś fajnego!

IMG_8865

Takie spotkanie nie mogło się obyć bez książkowego udziału – Gosia postarała się, aby każdy uczestnik dostał specjalny prezent z domową babeczką i książką. Razem z Beatą zostałyśmy obdarowane książką „Wtedy pojawiłeś się ty” Jennifer Weiner (każda swoim egzemplarzem). Tytuł nawet trafiony w moim przypadku, bo raz na jakiś czas lubię siąść nad takim czytadłem, trochę gorzej w przypadku Beaty.

Dziękujemy księgarni Victoria i Gosi za przemiłe spotkanie oraz wydawnictwu Sonia Draga za prezent!

LogoLista obecnych na spotkaniu blogerów:

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Prywatnie

„Beta” Rachel Cohn

beta

Wydawnictwo Czarna Owca, 2013

Ilość stron: 315

 

 

„Beta” to powieść lekka i przyjemna, z pogranicza science-fiction adresowana dla starszej młodzieży – głównie żeńskiej części. Lubię czytać takie książki i często można wśród nich znaleźć prawdziwe perełki. „Beta” perełką nie jest, ale i tak dobrze bawiłam się podczas lektury.

Elizja jest klonem szesnastoletniej dziewczyny. Mało tego – jest klonem beta serii nastolatek i choć nikt nie wie, czy będzie „działała” szybko zostaje kupiona, by zostać towarzyszką. Dominium, gdzie Elizja żyje i gdzie została stworzona, to rajska wyspa dla najbogatszych spośród ludzi. Woda jest tu czystsza, powietrze zawiera więcej tlenu, a wszelką pracę wykonują klony, ponieważ nie mają duszy ani emocji, przez co są lepszą siłą roboczą niż zwykli ludzie, których na Dominium opuszcza wszelka chęć pracy. Elizja obiecuje sobie, że będzie najlepszą towarzyszką dla swojej nowej rodziny, ale szybko orientuje się, że coś jest z nią nie tak, kiedy podczas pływania widzi wspomnienia, które nie należą do niej, w czasie obiadu czuje smak potraw, które jak jej mówiono klonom nie smakują. Mało tego Elizja zaczyna czuć, co jest niedopuszczalne. Jednak prawdziwe problemy zaczną się, kiedy na jej drodze stanie Tahir…

Wszystkie opisy książki skupiają się właśnie na wątku romantycznym, a jest to błąd, bo Tahir pojawia się gdzieś w połowie książki, a sam romans wcale nie jest najistotniejszy w fabule. Poza tym nie przekonało mnie uczucie Elizji i Tahira i choć byłam nastawiona, że to najważniejsza część książki rozczarowanie było miłe. Bo ważniejsza od romansu jest sama Elizja, która jest zagubiona w niebezpiecznym świecie, w którym powiedzenie głośno, że lubi czekoladę może spowodować jej śmierć. I o tym jest „Beta” – o poszukiwaniu siebie, swojej tożsamości w świecie, w którym wmawiają ci, że nie masz duszy.

Wizja świata, którą przedstawia Rachel Cohn i poruszenie problemu klonowania ludzi jest świetne. Sam pomysł może nie jest zbyt nowatorski, jednak w połączeniu z lekkim stylem autorki wychodzi ciekawa, na pozór lekka książka dla młodzieży, która skłania do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami. Dużym plusem powieści są też bohaterowie. Elizja sama nie wie, kim jest i odkrywa to powoli wraz z czytelnikiem. To jej zagubienie sprawia, że tak naprawdę niewiele różni się od prawdziwej nastolatki, której zresztą zachowanie pozwala jej imitować specjalny chip, który ma wszczepiony. Dobrze scharakteryzowani są również członkowie rodziny, która kupuje dziewczynę. Fascynuje mężczyzna, który pojawia się we wspomnieniach Elizji, które nie należą do niej. Nijaki na tym tle jest Tahir, ale jest to zabieg celowy i dobrze wykonany, choć przez to jego i Elizji miłość traci na wiarygodności.

Kiepsko rozłożona jest dynamika książki. Pierwsza połowa jest świetna, akcja jest powoli nakreślana razem z relacjami pomiędzy bohaterami, dowiadujemy się coraz więcej o klonach. Jednak od pojawienia się Tahira akcja powoli stopuje i robi się trochę zbyt cukierkowo. Znów im bliżej zakończenia tym więcej się dzieje. Natomiast samo zakończenie jest świetne – daje do myślenia i stwarza problemy, które z pewnością autorka pociągnie w kolejnym tomie. Jedynie jedna rzecz mi zgrzytała pod koniec, ale rozumiem, dlaczego autorka się na to zdecydowała i pewnie w kolejnych tomach będzie to bardzo ważna rzecz.

„Beta” to dobra książka, nie powala na kolana, ale czyta się ją bardzo dobrze. Pewnie sięgnę po kolejny tom, bo wiele spraw dotyczących klonów nie zostało wyjaśnionych, a jestem ciekawa, jak autorka zamierza je rozwiązać.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Czarna Owca!

8 Komentarzy

Filed under Książki

„Jerzy Kosiński. Powieść” Jerome Charyn

kosiński

Wydawnictwo Czarna Owca, 2013

Ilość stron: 278

 

 

 

Jestem wielbicielką zarówno twórczości jak i samej osoby Jerzego Kosińskiego. To człowiek zagadka, który zbudował wokół siebie wiele mitów i zrobił to tak skutecznie, że nawet dzisiaj trwają kłótnie odnośnie jego biografii i autorstwa książek. Jest to postać niezwykle fascynująca, dlatego naturalne było dla mnie sięgnięcie po książkę, której jest on bohaterem.

Warto podkreślić, że książka jest powieścią, a nie biografią. Sam początek jest dość specyficzny, bo czułam się, jakbym czytała książkę o Peterze Sellersie, a nie Jerzym Kosińskim. Narratorem jest Ian – szofer, a w końcu najbliższy współpracownik Sellers’a, który miał przekonać Kosińskiego, że Sellers jest idealnym kandydatem do zagrania głównej roli w ekranizacji „Wystarczy być”. Ta część książki niewiele mówi o samym Kosińskim, ale już pokazuje jak był specyficznym człowiekiem i sporo nawiązuje do jego twórczości. Kolejną narratorką jest córka Stalina – Swietłana, która poznała Kosińskiego w Stanach Zjednoczonych. Później opowieść przejmuje pierwsza żona pisarza – Martha Will i chyba ta część najbardziej przypadła mi do gustu, ponieważ jest najbardziej osobista. Ostatnią narratorką jest Anna, która rzuca światło na problem autorstwa „Malowanego ptaka”. Powieść kończy się przedstawieniem losów Kosińskiego podczas drugiej wojny światowej i jest to część najbardziej kontrowersyjna, ponieważ jest tylko hipotezą, a jednak przedstawiona jest, jakby była prawdziwa.

Książka jest bardzo specyficzna ze względu na zmiany narratora, różne punkty widzenia i przeskoki w czasie. Powieść nie jest uporządkowana i łatwo jest zgubić się w tej specyficznej opowieści. Jednak mimo wszystko dobrze mi się czytało, życie Kosińskiego było tak samo jak on dość kontrowersyjne, co Charyn oddał w swojej powieści. Zmiany perspektyw narracji pozwalały pokazać różne twarze pisarza i maski, które przybierał perfekcyjnie.

Charyn z pewnością pokazał w swojej powieści niezwykłą osobowość Kosińskiego, który potrafił zelektryzować ludzi swoją osobą i właściwie robi to do dzisiaj, czego dowodem jest ta książka. Kosiński można powiedzieć sam siebie kreował, tworzył mity na własny temat, których badacze do dzisiaj nie potrafią wyjaśnić. Jednak trochę gryzła mi się z tym wizja autora, który pod koniec tak usilnie starał się zdemaskować Kosińskiego. Zabrakło jakiegoś słowa od autora, który wyjaśniłby czytelnikowi, że ostatnia część to jego hipoteza. Myślę, że wiele osób, które nie znają dobrze biografii pisarza mogą uwierzyć w wersję Charyna, a byłoby to niefortunne. Z tego względu uważam, że lepiej zapoznać się wcześniej z twórczością i biografią Kosińskiego i jako wisienkę na torcie sięgnąć po powieść Charyna. Szczególnie warto najpierw poczytać książki Kosińskiego, bo narracja Iana zdradza fabuły kilku jego książek.

Polecam!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca!

2 Komentarze

Filed under Książki

Czy „50 twarzy Greya” to porno-„Zmierzch”? Cz.1.

      trylogia     

         Witam serdecznie wszystkich czytelników. Jak się domyślacie, z tej strony pisze Beata, podobnie jak właścicielka bloga będąca studentką filologii polskiej. Jakkolwiek z Dominiką łączy mnie kierunek studiów i żywe zainteresowanie literaturą, nasze książkowe upodobania są nieco różne. Powieści, które wywierają na mnie głębokie wrażenie, niemal zawsze zawierają element fantastyki. Jest to po części przekleństwo – nie jestem bowiem w stanie przejąć się fabułą, póki nie poczuję w niej owego nieuchwytnego odcienia niesamowitości. Czyniłoby to moje zainteresowania niezwykle wąskimi – by nie rzec ubogimi – gdyby nie przekorna chęć zapoznawania się z bestsellerami. Ilekroć jakiś autor lub autorka przebojem wdzierają się na rynek, a wytwórnie filmowe zabijają się o prawa do ekranizacji ich dzieła, czuję się w obowiązku zapoznać się z owym fenomenem. Dlatego moje recenzje będą podejmować również tematy wielokrotnie omawiane – mam jednak nadzieję, że mój głos w dyskusji wniesie nieco świeżości. Dzisiejszy, powitalny odcinek  będzie dotyczył właśnie jednego z takich zagadnień. Czy „50 twarzy Greya” to porno-„Zmierzch”?

           Od razu, by rozwiać ewentualne wątpliwości zaznaczam, że z obiema seriami zapoznałam się gruntownie i w całości. Nigdy bowiem nie wypowiadam się na temat dzieł, których nie przeczytałam. Dlatego krytyka tych popularnych powieści w ustach tych, którzy nigdy nie sięgnęli po nie albo przeczytali pierwsze rozdziały, jest w moich oczach wyrazem arogancji i niesamodzielności w myśleniu. Jestem w stanie zrozumieć bezmyślne powtarzanie cudzej opinii, gdy pada ono w pogawędce w autobusie czy pociągu. Krew mnie zalewa, gdy słyszę rzucone lekkim tonem „oczywiście nie czytałem tej książki” na konferencji – zdawałoby się – naukowej. To się zdarzyło naprawdę, nie zmyślam. A że nerwowy ze mnie człowiek, opuściłam wtedy salę możliwie ostentacyjnie.

Co gorsza, osoby, które zapytałam później o zdanie na temat owej wypowiedzi, nie widziały w niej niczego nagannego. To przecież oczywiste, że poważny doktor czy profesor nie przeczytał „Zmierzchu”. Nie zniżyłby się do tego poziomu, szkoda na to jego czasu, a i godność mogłaby ucierpieć. Do jakiego poziomu? Tego pan doktor nie wie, bo przecież nie czytał. Przypomina mi to postawę niektórych dworskich lekarzy sprzed paru wieków, dla których badanie pacjentów było czynnością uwłaczającą. Od brudu i potu chorego ciała są obwoźni znachorzy, no niechby studenci – w ostateczności. Poważnym naukowcom, gdy szczęśliwie przebrnęli przez pierwsze próby na zwłokach, wystarczały ryciny, modele i artykuły. I wiecie co? O tyle byli lepsi od „naukowca” wypowiadającego się na tej konferencji. Jemu – lekceważący i pobłażliwy ton głosu wyraźnie dawał o tym znać – nawet lektura artykułu o „Zmierzchu” wydawałaby się stratą czasu.

Tyle tytułem wprowadzenia. Jak powiedział kiedyś Kazik Staszewski: „jak mnie coś wkurwia, to nie będę mówić, że mnie to denerwuje”. No to przyznaję – wkurwia mnie takie podejście. Chroń nas Panie od krytyków, którzy nie zobaczyli, a uwierzyli.

100481157_1_261x203_cala-saga-zmierzch-miekka-okladka-tanio-zagan

          „Zmierzch” przeczytałam z przyjemnością, „50 twarzy Greya” bez przyjemności, ale też bez zaciśniętych zębów i ciskania przedmiotami o ścianę. Wydaje mi się, że do każdego, choćby nigdy nie miał obu powieści w rękach, musiały dotrzeć ogólne zarysy fabuły. Moja pewność może być jednak nieuzasadniona (co najmniej jak w przypadku pewności, że naukowiec na konferencji czytał książkę, o której napisał przecież wystąpienie) – uczynię więc niewielki skrót. Bohaterka „Zmierzchu”, Bella Swan, jest licealistką, która zakochuje się w wampirze Edwardzie Cullenie i pragnie go nakłonić, by ten podarował jej wieczne życie u swojego boku. Ich uczucie jest głębokie i romantyczne, długo nie dochodzi jednak do zbliżenia – po części z powodu konserwatywnych poglądów chłopaka (dorastającego, było nie było, w XIX-wiecznej purytańskiej Ameryce), częściowo zaś z powodu obawy, że bliskość ciała ukochanej przyprawi go o utratę samokontroli i dojdzie do tragedii. Surowość obyczajów bohaterów jest więc umotywowana, trzeba przyznać, całkiem logicznie. To jednak nie przekonało E.L. James, która – jak wiele innych autorek fanficów – postanowiła zapełnić braki w relacji bohaterów. W swoim opowiadaniu „Master of Universe” (początkowo publikowanym na forum z twórczością fanowską, później ze względu na treści pornograficzne przeniesionym na osobną stronę) uczyniła seks tym, co łączy Bellę i Edwarda i dopiero po jakimś czasie przeradza się w miłość. Fanfic spotkał się z tak dobrym przyjęciem, że James musiała przepisać historię na własne realia i postaci, by móc ją opublikować – łączyło się to oczywiście z kwestią praw autorskich. W papierowej wersji powieści, która zyskała także nowy tytuł, erotyczna fascynacja łączy więc niedoświadczoną studentkę Anastasię Steele i Christiana Greya, który co prawda nie jest wampirem, ale jako młody, nieziemsko piękny i bajecznie bogaty biznesmen jawi się jako postać równie fantastyczna jak Edward Cullen.

Jest to jedno z rzucających się w oczy podobieństw między obiema seriami. Przy przepisywaniu historii autorka zachowała dychotomię, która cechowała oryginalnych bohaterów. Ana i Bella są więc młodymi, ładnymi dziewczynami interesującymi się XIX-wieczną literaturą (w wypadku „Zmierzchu” są to „Wichrowe Wzgórza”, w „50 twarzach…” to „Tessa d’Urberville”). Ich upodobania są w tym względzie nieprzypadkowe, same bowiem przypominają postaci z dawnych powieści. Są dobrze wychowane, skromnie się ubierają, mają też przekonanie o własnej nieatrakcyjności. Introwertyczne i samotnicze, są wyraźnie zaniedbane emocjonalnie przez rodziców. Pochodzą z rozbitych rodzin, mają raczej koleżeńskie relacje z ojcami, a z matkami, które weszły w nowe związki, niemal nie mają kontaktu. Co symptomatyczne, wykazują również zacofanie technologiczne. Obie są niebogate, ale trudno uwierzyć, że studentka Ana dziwi się laptopowi, a Bella niemal nie używa telefonu. O ile bohaterka „50 twarzy…” dość szybko przyzwyczaja się do nagłej poprawy warunków finansowych, gdy zaczyna się spotykać z milionerem, Bella do końca sagi pozostaje anachroniczna.

         O ile postaci są więc w ogólnych zarysach zbieżne, również scena wydarzeń często zmienia się jedynie kosmetycznie (Portland i Forks dzielą zaledwie cztery godziny drogi samochodem, a sklep sportowy i budowlany spełniają podobną rolę), to pojawiają się różnice w wielu innych warstwach powieści. Są one tak głębokie i liczne, że całkowicie zmieniają zarówno nastrój powieści, jak i jej ostateczny wydźwięk. Chciałam przejść do tego, co sprawia, że odbieram zrównanie „Zmierzchu” i „50 twarzy Greya” jako efekt niedoczytania i płytkiego, powierzchownego odbioru.

          Ileż to razy spotkałam się ze zdaniem, że w tych książkach „bohaterki są bierne i bezradne”. Co do Anastasii, trudno się nie zgodzić. Postać Christiana wykreowana jest w gruncie rzeczy na potwora, któremu naiwna studentka całkowicie ulega. Podejmuje słabe próby oporu, gdy kochanek roztacza kontrolę na coraz to nowe obszary jej życia, ale nie potrafi z nim skutecznie walczyć. Szybko dochodzi do sytuacji, gdzie Christian przychodzi do jej mieszkania nieproszony, stalkuje ją, a nie mogąc zmusić dziewczyny do opuszczenia pracy w wydawnictwie, kupuje je, by zostać jej szefem. Wymienia jej garderobę, przedstawia w formie umowy swoje upodobania seksualne, a – co chyba najbardziej symboliczne – bez przerwy wpycha w nią jedzenie. Powiedzmy to bez ogródek: nie pozwala jej zachować władzy nad żadnym otworem w ciele. Jest zresztą zasugerowane, że Anastasia nie powinna sama decydować o sobie, bo zwyczajnie tego nie potrafi. Przy jednym z pierwszych spotkań Christian ratuje ją przed napastowaniem ze strony kolegi i przytrzymuje, gdy ta wymiotuje od nadmiaru drinków. Przekaz jest jasny – ta kreowana na samodzielną kobieta nie potrafi zapanować ani nad swoim życiem, ani nad samą sobą. Podobnie jest, gdy molestuje ją przełożony w pracy. Ana postanawia po prostu to znosić.

          W porównaniu do Anastasii Bella Swan jest dziewczyną niezależną. Sama decyduje o tym, czy pracuje, czy ma ochotę coś zjeść i jak się ubierze (poza wypadkami, gdy zakłada na siebie prezent od siostry ukochanego – nikt jednak nie wymienia jej całej szafy). Sama decyduje o tym, czy po ukończeniu liceum zechce pójść na studia – Edward, który wierzy w jej intelektualny potencjał bardziej niż ona sama, na wszelki wypadek wysyła jej zgłoszenie, ale decyzja nadal należy do niej. Tak samo przyjęcie oświadczyn wbrew rodzinie i przyjaciołom, którzy lansują raczej model wolnych związków lub przynajmniej małżeństwa w późniejszym etapie dorosłości. By pozostać sprawiedliwym, trzeba wziąć jednak pod uwagę, że Bella uległa w ten sposób naciskom swojego mężczyzny, któremu bardzo na ślubie zależało. Zrobiła to z jednego powodu, który jest bardzo istotny przy odczytaniu tej postaci. Bella chciała seksu. Po prostu. W tej powieści to wampir Edward jest jak niedoświadczona studentka – żyjąc od ponad stu lat (w nieumarłej, a jednak popędliwej i sprawnej seksualnie postaci) nigdy nie współżył z nikim. Bella jest żywa, ma duży temperament, same ostrożne pocałunki ukochanego rozpalają ją tak, że traci nad sobą panowanie. Jakkolwiek Edward jest Anastasią tej powieści, Bella nie jest jednak Greyem. Seks nie jest dla niej wyrazem kontroli nad drugą osobą, nie ujmuje swoich pragnień na piśmie ani nawet w mowie, nie chce żadnych rekwizytów. Jest zmysłowa, niemal zwierzęca do tego stopnia, że prowokuje wampira, który może bez trudu ją zabić. To zupełnie inny poziom sadomasochistycznej relacji – bez reguł, atestowanych narzędzi do zadawania bólu, „bezpiecznych słów”. Eros i Tanatos przejawiają się w postaci Belli totalnie – rozbuchane libido prowadzi ją do skrajnie niebezpiecznych sytuacji, z których z trudem uchodzi z życiem. Tak samo dwuznaczna i zmysłowa jest jej ciąża w porównaniu z cukierkowym macierzyństwem Anastasii.

       Tym jednak zajmę się w następnym odcinku. Temat jest zbyt obszerny i w gruncie rzeczy zbyt fascynujący, by musieć się streszczać. Dlatego wrócę do niego niedługo, teraz chwila oddechu – pozostańcie ze mną!

5 Komentarzy

Filed under Książki