Czy „50 twarzy Greya” to porno-„Zmierzch”? Cz.1.

      trylogia     

         Witam serdecznie wszystkich czytelników. Jak się domyślacie, z tej strony pisze Beata, podobnie jak właścicielka bloga będąca studentką filologii polskiej. Jakkolwiek z Dominiką łączy mnie kierunek studiów i żywe zainteresowanie literaturą, nasze książkowe upodobania są nieco różne. Powieści, które wywierają na mnie głębokie wrażenie, niemal zawsze zawierają element fantastyki. Jest to po części przekleństwo – nie jestem bowiem w stanie przejąć się fabułą, póki nie poczuję w niej owego nieuchwytnego odcienia niesamowitości. Czyniłoby to moje zainteresowania niezwykle wąskimi – by nie rzec ubogimi – gdyby nie przekorna chęć zapoznawania się z bestsellerami. Ilekroć jakiś autor lub autorka przebojem wdzierają się na rynek, a wytwórnie filmowe zabijają się o prawa do ekranizacji ich dzieła, czuję się w obowiązku zapoznać się z owym fenomenem. Dlatego moje recenzje będą podejmować również tematy wielokrotnie omawiane – mam jednak nadzieję, że mój głos w dyskusji wniesie nieco świeżości. Dzisiejszy, powitalny odcinek  będzie dotyczył właśnie jednego z takich zagadnień. Czy „50 twarzy Greya” to porno-„Zmierzch”?

           Od razu, by rozwiać ewentualne wątpliwości zaznaczam, że z obiema seriami zapoznałam się gruntownie i w całości. Nigdy bowiem nie wypowiadam się na temat dzieł, których nie przeczytałam. Dlatego krytyka tych popularnych powieści w ustach tych, którzy nigdy nie sięgnęli po nie albo przeczytali pierwsze rozdziały, jest w moich oczach wyrazem arogancji i niesamodzielności w myśleniu. Jestem w stanie zrozumieć bezmyślne powtarzanie cudzej opinii, gdy pada ono w pogawędce w autobusie czy pociągu. Krew mnie zalewa, gdy słyszę rzucone lekkim tonem „oczywiście nie czytałem tej książki” na konferencji – zdawałoby się – naukowej. To się zdarzyło naprawdę, nie zmyślam. A że nerwowy ze mnie człowiek, opuściłam wtedy salę możliwie ostentacyjnie.

Co gorsza, osoby, które zapytałam później o zdanie na temat owej wypowiedzi, nie widziały w niej niczego nagannego. To przecież oczywiste, że poważny doktor czy profesor nie przeczytał „Zmierzchu”. Nie zniżyłby się do tego poziomu, szkoda na to jego czasu, a i godność mogłaby ucierpieć. Do jakiego poziomu? Tego pan doktor nie wie, bo przecież nie czytał. Przypomina mi to postawę niektórych dworskich lekarzy sprzed paru wieków, dla których badanie pacjentów było czynnością uwłaczającą. Od brudu i potu chorego ciała są obwoźni znachorzy, no niechby studenci – w ostateczności. Poważnym naukowcom, gdy szczęśliwie przebrnęli przez pierwsze próby na zwłokach, wystarczały ryciny, modele i artykuły. I wiecie co? O tyle byli lepsi od „naukowca” wypowiadającego się na tej konferencji. Jemu – lekceważący i pobłażliwy ton głosu wyraźnie dawał o tym znać – nawet lektura artykułu o „Zmierzchu” wydawałaby się stratą czasu.

Tyle tytułem wprowadzenia. Jak powiedział kiedyś Kazik Staszewski: „jak mnie coś wkurwia, to nie będę mówić, że mnie to denerwuje”. No to przyznaję – wkurwia mnie takie podejście. Chroń nas Panie od krytyków, którzy nie zobaczyli, a uwierzyli.

100481157_1_261x203_cala-saga-zmierzch-miekka-okladka-tanio-zagan

          „Zmierzch” przeczytałam z przyjemnością, „50 twarzy Greya” bez przyjemności, ale też bez zaciśniętych zębów i ciskania przedmiotami o ścianę. Wydaje mi się, że do każdego, choćby nigdy nie miał obu powieści w rękach, musiały dotrzeć ogólne zarysy fabuły. Moja pewność może być jednak nieuzasadniona (co najmniej jak w przypadku pewności, że naukowiec na konferencji czytał książkę, o której napisał przecież wystąpienie) – uczynię więc niewielki skrót. Bohaterka „Zmierzchu”, Bella Swan, jest licealistką, która zakochuje się w wampirze Edwardzie Cullenie i pragnie go nakłonić, by ten podarował jej wieczne życie u swojego boku. Ich uczucie jest głębokie i romantyczne, długo nie dochodzi jednak do zbliżenia – po części z powodu konserwatywnych poglądów chłopaka (dorastającego, było nie było, w XIX-wiecznej purytańskiej Ameryce), częściowo zaś z powodu obawy, że bliskość ciała ukochanej przyprawi go o utratę samokontroli i dojdzie do tragedii. Surowość obyczajów bohaterów jest więc umotywowana, trzeba przyznać, całkiem logicznie. To jednak nie przekonało E.L. James, która – jak wiele innych autorek fanficów – postanowiła zapełnić braki w relacji bohaterów. W swoim opowiadaniu „Master of Universe” (początkowo publikowanym na forum z twórczością fanowską, później ze względu na treści pornograficzne przeniesionym na osobną stronę) uczyniła seks tym, co łączy Bellę i Edwarda i dopiero po jakimś czasie przeradza się w miłość. Fanfic spotkał się z tak dobrym przyjęciem, że James musiała przepisać historię na własne realia i postaci, by móc ją opublikować – łączyło się to oczywiście z kwestią praw autorskich. W papierowej wersji powieści, która zyskała także nowy tytuł, erotyczna fascynacja łączy więc niedoświadczoną studentkę Anastasię Steele i Christiana Greya, który co prawda nie jest wampirem, ale jako młody, nieziemsko piękny i bajecznie bogaty biznesmen jawi się jako postać równie fantastyczna jak Edward Cullen.

Jest to jedno z rzucających się w oczy podobieństw między obiema seriami. Przy przepisywaniu historii autorka zachowała dychotomię, która cechowała oryginalnych bohaterów. Ana i Bella są więc młodymi, ładnymi dziewczynami interesującymi się XIX-wieczną literaturą (w wypadku „Zmierzchu” są to „Wichrowe Wzgórza”, w „50 twarzach…” to „Tessa d’Urberville”). Ich upodobania są w tym względzie nieprzypadkowe, same bowiem przypominają postaci z dawnych powieści. Są dobrze wychowane, skromnie się ubierają, mają też przekonanie o własnej nieatrakcyjności. Introwertyczne i samotnicze, są wyraźnie zaniedbane emocjonalnie przez rodziców. Pochodzą z rozbitych rodzin, mają raczej koleżeńskie relacje z ojcami, a z matkami, które weszły w nowe związki, niemal nie mają kontaktu. Co symptomatyczne, wykazują również zacofanie technologiczne. Obie są niebogate, ale trudno uwierzyć, że studentka Ana dziwi się laptopowi, a Bella niemal nie używa telefonu. O ile bohaterka „50 twarzy…” dość szybko przyzwyczaja się do nagłej poprawy warunków finansowych, gdy zaczyna się spotykać z milionerem, Bella do końca sagi pozostaje anachroniczna.

         O ile postaci są więc w ogólnych zarysach zbieżne, również scena wydarzeń często zmienia się jedynie kosmetycznie (Portland i Forks dzielą zaledwie cztery godziny drogi samochodem, a sklep sportowy i budowlany spełniają podobną rolę), to pojawiają się różnice w wielu innych warstwach powieści. Są one tak głębokie i liczne, że całkowicie zmieniają zarówno nastrój powieści, jak i jej ostateczny wydźwięk. Chciałam przejść do tego, co sprawia, że odbieram zrównanie „Zmierzchu” i „50 twarzy Greya” jako efekt niedoczytania i płytkiego, powierzchownego odbioru.

          Ileż to razy spotkałam się ze zdaniem, że w tych książkach „bohaterki są bierne i bezradne”. Co do Anastasii, trudno się nie zgodzić. Postać Christiana wykreowana jest w gruncie rzeczy na potwora, któremu naiwna studentka całkowicie ulega. Podejmuje słabe próby oporu, gdy kochanek roztacza kontrolę na coraz to nowe obszary jej życia, ale nie potrafi z nim skutecznie walczyć. Szybko dochodzi do sytuacji, gdzie Christian przychodzi do jej mieszkania nieproszony, stalkuje ją, a nie mogąc zmusić dziewczyny do opuszczenia pracy w wydawnictwie, kupuje je, by zostać jej szefem. Wymienia jej garderobę, przedstawia w formie umowy swoje upodobania seksualne, a – co chyba najbardziej symboliczne – bez przerwy wpycha w nią jedzenie. Powiedzmy to bez ogródek: nie pozwala jej zachować władzy nad żadnym otworem w ciele. Jest zresztą zasugerowane, że Anastasia nie powinna sama decydować o sobie, bo zwyczajnie tego nie potrafi. Przy jednym z pierwszych spotkań Christian ratuje ją przed napastowaniem ze strony kolegi i przytrzymuje, gdy ta wymiotuje od nadmiaru drinków. Przekaz jest jasny – ta kreowana na samodzielną kobieta nie potrafi zapanować ani nad swoim życiem, ani nad samą sobą. Podobnie jest, gdy molestuje ją przełożony w pracy. Ana postanawia po prostu to znosić.

          W porównaniu do Anastasii Bella Swan jest dziewczyną niezależną. Sama decyduje o tym, czy pracuje, czy ma ochotę coś zjeść i jak się ubierze (poza wypadkami, gdy zakłada na siebie prezent od siostry ukochanego – nikt jednak nie wymienia jej całej szafy). Sama decyduje o tym, czy po ukończeniu liceum zechce pójść na studia – Edward, który wierzy w jej intelektualny potencjał bardziej niż ona sama, na wszelki wypadek wysyła jej zgłoszenie, ale decyzja nadal należy do niej. Tak samo przyjęcie oświadczyn wbrew rodzinie i przyjaciołom, którzy lansują raczej model wolnych związków lub przynajmniej małżeństwa w późniejszym etapie dorosłości. By pozostać sprawiedliwym, trzeba wziąć jednak pod uwagę, że Bella uległa w ten sposób naciskom swojego mężczyzny, któremu bardzo na ślubie zależało. Zrobiła to z jednego powodu, który jest bardzo istotny przy odczytaniu tej postaci. Bella chciała seksu. Po prostu. W tej powieści to wampir Edward jest jak niedoświadczona studentka – żyjąc od ponad stu lat (w nieumarłej, a jednak popędliwej i sprawnej seksualnie postaci) nigdy nie współżył z nikim. Bella jest żywa, ma duży temperament, same ostrożne pocałunki ukochanego rozpalają ją tak, że traci nad sobą panowanie. Jakkolwiek Edward jest Anastasią tej powieści, Bella nie jest jednak Greyem. Seks nie jest dla niej wyrazem kontroli nad drugą osobą, nie ujmuje swoich pragnień na piśmie ani nawet w mowie, nie chce żadnych rekwizytów. Jest zmysłowa, niemal zwierzęca do tego stopnia, że prowokuje wampira, który może bez trudu ją zabić. To zupełnie inny poziom sadomasochistycznej relacji – bez reguł, atestowanych narzędzi do zadawania bólu, „bezpiecznych słów”. Eros i Tanatos przejawiają się w postaci Belli totalnie – rozbuchane libido prowadzi ją do skrajnie niebezpiecznych sytuacji, z których z trudem uchodzi z życiem. Tak samo dwuznaczna i zmysłowa jest jej ciąża w porównaniu z cukierkowym macierzyństwem Anastasii.

       Tym jednak zajmę się w następnym odcinku. Temat jest zbyt obszerny i w gruncie rzeczy zbyt fascynujący, by musieć się streszczać. Dlatego wrócę do niego niedługo, teraz chwila oddechu – pozostańcie ze mną!

Reklamy

5 Komentarzy

Filed under Książki

5 responses to “Czy „50 twarzy Greya” to porno-„Zmierzch”? Cz.1.

  1. Requ

    Bardzo ciekawy artykuł. Doceniam niezależność w myśleniu i spojrzeniu na obie książki. Z pewnością łatwo byłoby po prostu wyśmiać oba tytuły, bo to przecież modne i wszyscy tak robią, Taka, bardziej świadoma i krytyczna, analiza jest powiewem świeżosci i, powiedzmy sobie, odwagi. Bo pewnie znajdą się tacy jak wspomniany w artykule doktor, którzy nic nie czytali, ale wiedzą lepiej. Życzę sukcesów i czekam na kolejny felieton!

  2. Nie znam opisywanych książek (aż szkoda, bo te wszystkie podobieństwa i różnice mnie zainteresowały i chętnie wzięłabym udział w dyskusji), ale z przyjemnością przeczytałam powyższy – pozwolę sobie zauważyć: bardzo dobry – wpis.

  3. Jak widzę te 50 twarzy… to aż nie chce mi się tego komentować. 😀

  4. LaKotita

    A czytać się chce? Bo to ważniejsze od komentowania 🙂

  5. Przeczytałam pierwszą część „50 twarzy…” i miałam opinię taką sobie, dało się czytać, ale niestety słabe, sięgnęłam po drugą i po paru stronach miałam dość, nie dałam rady. Niestety wątpię czy kiedyś doczytam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s