Tag Archives: Kryminał/Thriller/Sensacja

„Niewidzialny strażnik” Dolores Redondo

redondo

Wydawnictwo Czarna Owca, 2013

Ilość stron: 416

 

 

 

Zawsze w okolicach zimy przeżywam jakiś kryzys czytelniczy i kryzys prowadzenia bloga. Trochę pociesza mnie myśl, że to nie tylko mój problem, a z drugiej strony dołuje mnie myśl, na co marnuje mój czas (ostatnio oglądanie anime i granie w GTA5). Solidnie sobie postanowiłam, że koniec z milczeniem na blogu, choćbym nawet miała pisać o tych anime, które nałogowo oglądam (a niektóre rzeczywiście są warte uwagi). Na przełamanie kryzysu czytelniczego zwykle pomagał mi dobry kryminał. O ile trochę zadziałało w przypadku „Wołania kukułki”, to „Niewidzialny strażnik” nie był dla mnie zbyt dobrym wyborem pomimo naprawdę zachęcającego opisu.

Amaia Salazar jest detektyw śledczą w baskijskiej policji. Kiedy nad rzeką zostają znalezione zwłoki młodej dziewczyny to Amaia przejmuje śledztwo. Szybko odkrywa, że odnaleziona dziewczyna nie jest pierwszą ofiarą mordercy, którego tropi. Zbrodnie związane są z jej rodzinnym miastem, gdzie Salazar wraca, aby łatwiej pracować. Jednak miasto przypomina jej o koszmarach dzieciństwa, o których nie chciała myśleć. Nie pomaga jej również fakt, że miejscowa ludność zaczyna przypisywać morderstwa mitycznemu stworowi z baskijskich legend.

Kryminał, który łączy się z baskijskim folklorem, elementami fantastyki i klimatem rodem z „Miasteczka Twin Peaks” brzmiał dla mnie niezwykle obiecująco. Jednak „Niewidzialny strażnik” nie zachwycił mnie, a w zasadzie trochę znudził. Książka zaczyna się naprawdę dobrze – tajemnica przeszłości głównej bohaterki nie dawała mi spokoju, opis prowadzenia śledztwa był zadowalający, postać ciotki Amaii, która wróży z kart Tarota i zna wszystkie legendy była świetna. Ale sprawa szybko stanęła w miejscu, Amaię bardziej zajmowały problemy osobiste i rodzinne, badała wątki, które nie miały żadnego sensu (niedźwiedzie?!). Sama główna bohaterka zaczęła nieźle działać mi na nerwy, bo zachowywała się jak rozkapryszona primadonna, która chce kontrolować każdy aspekt życia pracujących z nią policjantów.

Największą wadą powieści jest dla mnie narracja. Autorka nie potrafiła skupić się na tym, co istotne, a resztę pomijać. Nie ma tu miejsca na domysły czytelnika, a opisy są do bólu szczegółowe. Kiedy bohaterka wchodzi do pokoju możecie być pewni, że opisane zostanie wszystko łącznie z widokiem za oknem. Ta szczegółowość opisu zaczęła mnie bardzo męczyć. Kiedy Redondo nawiązuje mimochodem do „Hannibala Lectera” i sprawy, która zainspirowała autora do napisania książki, wspomni również o ekranizacji i roli filomwej Anthony’ego Hopkinsa… Mnóstwo takich niepotrzebnych wtrąceń jest rozsianych po książce.

Skończyłam „Niewidzialnego strażnika” tylko dlatego, że byłam ciekawa, kto jest mordercą i jak autorka nawiąże do drugiego tomu, bo to dopiero początek przygód detektyw Salazar. Przyznaję się jednak, że pod koniec pomijałam spore fragmenty, bo najzwyczajniej w świecie mnie nudziły. Bardzo rozczarował mnie wątek fantastyczny, bo był najzwyczajniej w świecie niepotrzebny. Samo rozwiązanie zagadki było zbyt płytkie i po tak dokładnym śledztwie wręcz śmieszy! Jedynym akcentem, który w pełni mi się podobał jest przeszłość Amaii i jej relacje rodzinne, choć postać jej siostry Flory jest mocno przerysowana.

Książka Redondo mnie rozczarowała, bo pomimo obietnicy świetnych i świeżych wątków dostałam powieść, która jest bardzo nierówna o męczącej narracji, a to co miało być świeże i oryginalne okazało się męczące. Mimo wszystko książka zainteresowała mnie na tyle, żebym ją dokończyła, ale po kolejny tom raczej nie sięgnę…

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca!

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Książki

„Wołanie kukułki” Robert Galbraith

kukułka

Wydawnictwo Dolnośląskie, 2013

Ilość stron: 450

 

 

 

Robert Galbraith to oczywiście pseudonim, jakiego użyła J.K. Rowling, aby wydać tę książkę bez wielkiego rozgłosu. Tajemnica nie utrzymała się długo i jak można się było spodziewać, gdy ujawniono prawdziwą autorkę książka zaczęła się świetnie sprzedawać. Warto jednak napisać, że gdy autorem był nikomu nieznany Robert Galbraith książka dostała naprawdę dobre recenzje i każdy chwalił głównych bohaterów detektywa Cormorana Strike’a i jego asystentkę Robin. Z zainteresowaniem sięgnęłam po tę książkę i było warto, choć mam lekko mieszane uczucia.

Cormoran Strike nie znajduje się w najlepszym punkcie swojego życia. Ma problemy finansowe, rozstał się z kobietą swojego życia, a jego agencja detektywistyczna nie ma wielu spraw. Na domiar złego biuro pracy tymczasowej przysyła mu asystentkę, na którą go nie stać – Robin, która okazuje się jednak bardzo kompetentna i zmotywowana. Dlatego kiedy Strike’a odwiedza brat supermodelki Luli Landry, która niedawno popełniła samobójstwo i twierdzi, że jego siostra została zamordowana, a policja zaniedbała śledztwo, detektyw zgadza się zbadać sprawę. Choć początkowo Strike sceptycznie podchodzi do wersji brata ofiary, pewne drobne poszlaki zaczynają mu się wydawać podejrzane…

Nie czytałam poprzedniej powieści Rowling, więc było to moje pierwsze spotkanie z autorką po serii o Harry’m Potterze. Muszę przyznać, że spotkanie całkiem udane i z pewnością sięgnę po „Trafny wybór”, który od dawna gości na mojej półce. „Wołanie kukułki” to solidny, przemyślany kryminał, który na pewno spodoba się fanom gatunku. Przywodzi na myśl książki Agathy Christie, ponieważ Galbraith/Rowling również skupia się głównie na przesłuchaniach świadków, zbieraniu poszlak i łączeniu wszystkiego w spójną teorię, która zostaje ujawniona na ostatnich kartach powieści. Ciężko znaleźć jakiś słaby punkt w sprawie, która bada Strike. Jednak nie ukrywam, że czegoś mi zabrakło – trochę więcej akcji, pewnego napięcia… Możliwe też, że powód mojego zmieszania jest o wiele bardziej błahy – bezbłędnie odgadłam, kto jest mordercą niemal na początku książki i zabrakło mi zaskoczenia. Myślę jednak, że wiele osób zostanie zmylonych, bo prawda wcale nie jest tak oczywista, a ja jestem po prostu weteranką kryminałów Christie i pewne chwyty ze mną nie przejdą 😉

Muszę jednak zwrócić uwagę na pewną rzecz, która jest absolutnie fantastyczna – duet głównych bohaterów Strike/Robin! Rowling ma ogromny talent do tworzenia postaci, które są w stanie zejść z kart jej powieści i żyć. Zarówno Strike jak i Robin są postaciami skomplikowanymi, ze swoją własną historią, charakterem i poglądami. W zasadzie na postaci zwracam największą uwagę i mam największe wymagania, kiedy czytam, a w „Wołaniu kukułki” nie ma do czego się przyczepić. Nawet postaci drugoplanowe lub takie, które pojawiają się na chwilę są charakterystyczne i zapadają w pamięć.

Być może ktoś nazwie „Wołanie kukułki” książką przegadaną, ale to właśnie postaci są siłą tej książki. Dodajcie do tego solidną fabułę z ciekawą sprawą i wychodzi naprawdę świetny kryminał! Polecam!

4 Komentarze

Filed under Książki

„Formacja trójkąta” Mariusz Zielke

formacja trójkąta

Wydawnictwo Czarna Owca, 2013

Ilość stron: 386

 

 

Po wydaniu „Wyroku” Mariusza Zielke przez blogosferę przetoczyła się fala pozytywnych recenzji tej książki, dlatego z wielką ciekawością sięgnęłam po  drugą książkę autora, aby przekonać się o co ten cały szum. Już wiem i z przyjemnością dołączę do tego chóru, bo „Formacja trójkąta” to dobrze napisana, bardzo solidna powieść sensacyjno-kryminalna, która bardzo dołuje przez nawiązania do polskiej rzeczywistości, a jednocześnie jest to siłą tej powieści.

Bartek Milik jest dziennikarzem „Expressu Finansowego”, który czeka na swoją szansę, żeby zabłysnąć. Ma okazję, kiedy umiera prezes warszawskiej giełdy i chociaż wszystko wskazuje na samobójstwo są pewne poszlaki i dziury w śledztwie, które przeczą tej wersji. Nieoczekiwaną pomocą w rozwiązaniu sprawy okaże się Marta – agentka ABW, która sprawę traktuje osobiście i nie chce pozwolić, aby niewinna osoba stała się kozłem ofiarnym. Prowadząc swoje śledztwo Bartek i Marta wejdą w drogę niebezpiecznym i wysoko postawionym osobom, które za wszelką cenę nie chcą dopuścić, aby pewne sprawy wyszły na światło dzienne.

Wielką zaletą tej książki jest jej mocne osadzenie w polskiej rzeczywistości. Czytając wywiady z autorem, można zresztą dowiedzieć się, że same afery, które opisuje są do pewnego stopnia wydarzeniami prawdziwymi, które badał będąc dziennikarzem. Nie chcę dywagować, ile prawdy jest w „Formacji trójkąta”, ale podczas lektury można nabawić się bólu głowy, bo Zielke nie koloryzuje naszej szarej rzeczywistości, a daje do przełknięcia gorzką pigułkę, pokazując jak wygląda praca dziennikarzy, którzy piszą artykuły pod dyktando służb specjalnych, sponsorów albo tego kto płaci najwięcej czy też polityków, którzy bez skrupułów stawiają swoje wille na pieniądze podatników. Jeśli ktoś jest uważnym obserwatorem polityki znajdzie na kartach tej książki wiele sytuacji, które bez trudności rozszyfruje. Zachwycamy się skandynawskimi kryminałami, w których autorzy i autorki opisują swoją rzeczywistość bez koloryzowania i wprowadzają duszną atmosferę politycznych spisków, a mamy autora, który robi to samo z naszym własnym podwórkiem. Uwierzcie mi, że czytając „Formację trójkąta” można sobie zbudować porządną teorię spiskową.

Poza tym powieść jest naprawdę dobrze napisana. Akcja jest równo rozłożona, jest wiele zwrotów akcji, fałszywych tropów aż po finał, który daje solidne rozwiązanie zagadki. Polubiłam też bohaterów. Bartek Milik jest nieco naiwny, nie potrafi podjąć zdecydowanych działań w swoim życiu, ale przy tym jest uczciwy i chyba to daje mu dużą sympatię czytelnika, choć można go krytykować. To Marta – agentka ABW jest silniejsza, lepiej wyszkolona, wie czego chce i nie boi się po to sięgnąć, chociaż i ona ma swoje problemy i sekrety. Postaci są ludźmi z krwi i kości, nie są jakimiś płaskimi archetypami.

Jeśli lubicie powieści kryminalne, wielowątkowe intrygi to „Formacja trójkąta” jest książką dla was! A przy tym to kawał bardzo dobrej prozy i wnikliwa ocena polskiej rzeczywistości.

Polecam!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Czarna Owca!

Dodaj komentarz

Filed under Książki

„Posiadłość” Maggie Moon

posiadłość

 

Wydawnictwo Novae Res, 2013

Ilość stron: 290

 

 

 

 

Dopadł mnie kryzys czytelniczy, stąd na blogu przez prawie miesiąc rozbrzmiewało tylko echo. Na szczęście znalazłam lekarstwo na mój kryzys w postaci dobrej książki. Wiele razy już pisałam, że lubię czytać debiuty i zawsze mi miło, kiedy o takich książkach mogę pisać w superlatywach. Książka Maggie Moon również mi na to pozwala, ponieważ nie mogłam się od niej oderwać i w końcu odłożyłam gry, aby poczytać (jak tak dalej pójdzie to założę bloga o grach).

Zara Dormer jest studentką londyńskiej Akademii Sztuk Pięknych, dzięki zdobytemu stypendium. Zara nie pochodzi z zamożnej rodziny, jak reszta studentów, dlatego nie jest tam zbyt dobrze traktowana, chociaż ma wielki talent. Jednak dzięki pomocy przyjaciółki Zarze udaje się wyjechać na warsztaty malarskie w zabytkowej posiadłości Debrettów – arystokratycznej rodziny, która mieszka tam od pokoleń. Dziewczyna jest zachwycona duchem dawnej epoki, którą wyczuwa w każdym zakamarku pięknej posiadłości. Niestety Zara wyczuwa coś jeszcze – śmierć i tajemnicę, która nie powinna zostać odkryta.

Książkę czytałam z zapartym tchem, trzymała w napięciu do ostatniej strony. Podobało mi się, że autorka współczesne wydarzenia przeplatała urywkami scen z minionych lat, nie zdradzając jednak dokładnie przyczyn i pozostawiając dużo wyobraźni czytelnika. Dzięki temu zabiegowi nie mogłam się doczekać, aby poznać wyjaśnienie i zrozumieć, co dokładnie działo się w posiadłości Debrettów. Po książce rozsiane są wskazówki do wyjaśnienia zagadki, a zakończenie zgrabnie spina je wszystkie w logiczną i spójną intrygę.

Polubiłam również bohaterów, którzy byli różni, mieli swoje charaktery i dało się ich lubić lub nie. Szczególnie podobał mi się sposób, w jaki autorka opisała Debrettów, którzy fascynowali nie tylko młode arystokratki, ale również mnie 😉  Jednak chyba największym plusem książki jest klimat – mroczny, groźny. Nie jest to książka, którą poleciłabym do czytania podczas samotnej nocy (sprawdzałam – to nie jest dobry pomysł). Bez oporów mogę nazwać „Posiadłość” bardzo dobrym thrillerem, przy którym można się wystraszyć.

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to zakończenie. Z jednej strony nie rozczarowało mnie, zagadka zostaje wyjaśniona i czytelnik poznaje odpowiedzi na wszystkie pytanie, ale zirytowało mnie zachowanie Zary wobec Jamie’ego, które było mało wiarygodne. Chociaż na pochwałę zasługuje jeszcze, że nawet w zakończeniu autorka zachowuje klimat grozy. Prosty happy end raczej zepsułby nastrój książki i moje odczucia po przeczytaniu.

„Posiadłość” to bardzo dobra powieść, którą czytało się z przyjemnością i lekkim niepokojem. Bardzo polecam!

Za książkę dziękuję autorce, która zgodziła się udostępnić ją do recenzji Śląskim Blogerom Książkowych, do których należę 🙂

6 Komentarzy

Filed under Książki

„Joyland” Stephen King

joyland

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2013

Ilość stron: 335

 

 

 

 

Stephen King to niekwestionowany król horrorów, o którym chyba każdy słyszał. Od jakiegoś czasu King pokazuje jednak swoje inne pisarskie oblicze, w którym skupia się na wątkach obyczajowych, sięga po historię Stanów Zjednoczonych, amerykańską popkulturę. Jedną z takich powieści jest właśnie najnowszy „Joyland”.

Devin Jones jest studentem, który postanawia na okres wakacji zatrudnić się w lunaparku – w tytułowym Joylandzie. Na początku podoba mu się wizja, że być może to tutaj, w Heaven’s Bay, spędzi swój pierwszy raz ze swoją dziewczyną, jednak Wendy korzystając z odległości zrywa z Devinem, który po raz pierwszy ma złamane serce. W zapomnieniu o Wendy pomoże mu praca, która nieoczekiwanie sprawi mu dużo radości i pozwoli dowiedzieć się kilku rzeczy o sobie samym. Intryguje go niewyjaśniona sprawa morderstwa sprzed lat, popełnionego w lunaparku na młodej dziewczynie, której duch podobno ukazuje się pracownikom. Na jego drodze stanie umierający chłopiec, który odmieni jego patrzenie na świat. Praca w Joylandzie oraz ludzie, których Dev pozna, na zawsze zmienią jego życie, pozwolą mu dorosnąć i przeżyć mnóstwo pierwszych razów.

Wiele się spodziewałam po „Joylandzie” i nie jestem rozczarowana. Myślę, że duży wpływ miał na to fakt, że chociaż zaczytywałam się w horrorach Kinga, to nie przeczytałam ich dużo. Stąd nie było mi się trudno przestawić na inny gatunek, który proponuje pisarz. Paradoksalnie wydaje mi się, że gdyby ta książka wyszła pod innym nazwiskiem byłaby o wiele lepiej przyjęta, bo czytałam sporo recenzji, gdzie osoby piszące były rozczarowane książką.

„Joyland” czyta się bardzo szybko. Książka jest ciekawa i ciężko wyróżnić jeden główny wątek. Klamrą dla powieści jest postać Devina i sam Joyland. King z niesamowitą precyzją odwzorował klimat lat siedemdziesiątych i nieco duszną atmosferę lunaparku z jego sekretami i chyleniem się ku upadkowi za sprawą konkurencyjnego Disneylandu, który według jednej z postaci nie ma duszy. Narratorem powieści jest sam Dev, co idealnie się sprawdziło, ten gawędziarski styl świetnie Kingowi wychodzi. Narracja trzyma w napięciu w odpowiednich momentach.

King w idealnych proporcjach wymieszał elementy powieści obyczajowej, kryminału i horroru i stworzył książkę, którą czyta się z przyjemnością, a przy tym fabuła jest na tyle dojrzała, że nie da się przeczytać „Joylandu” bez refleksji. To naprawdę piękna powieść o dojrzewaniu, miłości, umieraniu, obok której nie da się przejść obojętnie.

Polecam!

1 komentarz

Filed under Książki