Tag Archives: lit. amerykańska

„Polowanie na Wilka z Wall Street” Jordan Belfort

polowanie na wilka

Wydawnictwo Świat Książki, 2014

Ilość stron: 461

 

 

 

Ponowne spotkanie z Wilkiem z Wall Street było dla mnie równie przyjemne, co pierwsze. Jordan Belfort to naprawdę fascynujący człowiek z wielkim talentem do opowiadania. Głos, którym mówi z książki, może uwieść, obrzydzić, ale na pewno nikogo nie zanudzi. Ja należę do tych uwiedzionych, choć nieraz kręciłam głową z niedowierzaniem, czytając tłumaczenie i argumenty Belforta, który wciąż na nowo starał się usprawiedliwić i udowodnić, że tak naprawdę nie zrobił nic złego.

Tym razem Jordan Belfort opowie nam, co działo się po zakończeniu „Wilka z Wall Street”, czyli po zatrzymaniu go przez FBI i postawieniu mu zarzutów. Ale nie tylko, bo opisując swoje przesłuchania, wraca również do wydarzeń w swoim życiu przed założeniem Stratton Oakmont. Mimo iż opisane wydarzenia nie są już tak szalone jak te z „Wilka…” czytałam z wielkim zainteresowaniem. Belfort nie traci swojego ironicznego, nieco wulgarnego stylu, którym jest w stanie zahipnotyzować czytelnika. Jak poprzednio zadziwiały mnie jego uparte twierdzenia, że tak naprawdę nic takiego złego nie zrobił, ale udało mu się oczarować mnie na tyle, że kibicowałam, aby dostał niski wyrok.

Zaskakująca jest zmiana z jaką opisuje swoje żoną Nadine. Chociaż może nie powinnam być zaskoczona, bo gdy ktoś żąda rozwodu na schodach sądu zaledwie kilka dni po wyznawaniu miłości, nie świadczy to dobrze o tej osobie. Jednak Belfort ślepo zapatrzony w Nadine w „Wilku z Wall Street” nagle widzi w niej tylko naciągaczkę, kobietę, która poluje na majątek i właśnie opuszcza tonący statek.

Chyba najlepszą częścią tej książki jest opis współpracy Belforta z władzami. Fantastycznie odmalował swoją motywację, to w jaki sposób pogrywał podczas przesłuchań aż do momentu, gdy coś w nim pękło i zadziałał tak, aby zachować dla siebie choć resztki szacunku. To wydarzenie było ważnym punktem w książce, bo napędziło kilka innych, z których jak przypuszczam autor nie jest zbyt dumny. Jedno trzeba Belfortowi przyznać – ponownie nie oszczędza się, opisuje wszystko, każdy szkielet z szafy jest pokazywany czytelnikowi i analizowany. I chyba z tego powodu wybaczałam mu usprawiedliwianie się, bo w tej książce również nie ma bicia się w piersi i poczucia winy. Jordan Belfort pozostaje bezczelnym sobą, ale z jakim wdziękiem to robi 😉

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Świat Książki!

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Książki

„Wilk z Wall Street” Jordan Belfort

wilk z wall street

Wydawnictwo Świat Książki, 2014

Ilość stron: 512

 

 

Przeczytałam tę książkę jakiś czas temu, ale nie potrafiłam napisać czegokolwiek na jej temat. Męczyła mnie myśl, że tak naprawdę niewiele z tej książki wynika, nie potrafiłam dojść, jakie jest jej przesłanie. I kiedy nie mogłam zasnąć, uderzyła mnie myśl, że właśnie to jest wielką zaletą tej opowieści. Autor (choć stara się tłumaczyć) pozostawia nam wolny wybór przy ocenie jego postępowania, nie ma tutaj morału.

Jordan Belfort nazwany został Wilkiem z Wall Street, ponieważ jego błyskawiczna droga na szczyt w świecie finansjery oraz niesamowita inteligencja i przebiegłość zaskarbiła mu reputację człowieka, z którym trzeba się liczyć. W swojej opowieści z niezwykłym humorem i dystansem opisuje swoje życie zawodowe i prywatne, którego starczyłoby na kilka osób. Chyba nie było transakcji, jakiej Belfort nie umiałby przeprowadzić na Wall Street. Świat stał u jego stóp, a on czerpał z niego pełnymi garściami – nie odmawiał sobie narkotyków, seksu ani ekstrawagancji. Bez zahamować Belfort opisuje również, w jaki sposób oszukiwał i naciągał przepisy do swoich interesów.

„Wilk z Wall Street” to książka intrygująca, którą czyta się z wypiekami na twarzy. Inteligencja i humor autora sprawia, że bardzo łatwo da się go polubić, mimo wszystkich rzeczy, do których przyznaje się w kolejnych rozdziałach. Belfort stosuje również ciekawą narrację, ponieważ (jak pisał we Wstępie) stara się odwzorować swój sposób myślenia, jaki nim kierował. Chyba właśnie stąd wszystkie oskarżenia pod jego adresem, że zachęca do takiego trybu życia, bo na początku ma on gotową wymówkę na każdą rzecz, którą robi. Jednak dzięki temu zabiegowi stworzył lekturę, przy której śmiałam się na głos i kręciłam głową z niedowierzaniem, bo Belfort ma niesłychane poczucie humoru i chyba spory dystans do tego, co zrobił. Dopiero klimat zakończenia się wyraźnie zmienia ze względu na postępujące uzależnienie od narkotyków, jednak trzeba podkreślić, że Belfort przyznaje się do chyba każdego szkieletu w swojej szafie.

Książka nie ma wyraźnie zarysowanego motywu przewodniego, ale czyje życie ma, a właśnie swoje życie przedstawia autor. Pisałam, że lektura pozostawiła mnie zaniepokojoną, bo nie potrafiłam wyłowić stamtąd żadnego głębszego sensu, morału. Niepokojące było też dla mnie to, że Belfort do ostatniej kropki postawionej w książce wciąż pozostaje sobą, nie ma tutaj żadnej oszałamiającej przemiany ani wielkiego poczucia winy, to wciąż ten sam bezczelny i inteligentny facet, który wodzi za nos czytelnika przez całą książkę. I po zastanowieniu się, cieszę się, że nie ma tu żadnych górnolotnych obietnic ani wielkich słów o żalu i postanowieniu zmiany, bo dzięki temu ta książka jest prawdziwsza, a każdy po lekturze sam może wyrobić sobie zdanie o Wilku z Wall Street. To też trochę smutne, że literatura i film aż tak przyzwyczaiły mnie do zostawiania gotowego morału, że potrzebowałam chwili, aby nazwać, czego konkretnie mi tu zabrakło.

Przede mną jeszcze seans „Wilka z Wall Street” i porównanie wrażeń. Książkę bardzo polecam!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Świat Książki!

4 Komentarze

Filed under Książki

„Przegląd Końca Świata: Deadline” Mira Grant

deadline

Wydawnictwo SQN, 2013

Ilość stron: 495

 

 

Po fantastycznym „Feedzie” musiałam czekać prawie rok na drugi tom serii. I było warto! Miałam wielkie oczekiwania, co do tej książki i równie wielkie obawy, ale Mira Grant udowodniła, że da się napisać drugą część, która dorównuje poziomowi pierwszemu i nie jest zwykłym zapychaczem pomiędzy tomami, jak to często bywa w trylogiach.

Kampania prezydencka Rymana dobiegła końca, Przegląd Końca Świata działa prężnie pod skrzydłami Shauna, który jednak prywatnie nie radzi sobie najlepiej, mówiąc delikatnie. Sielanka jest tylko pozorna, bo nikt nie zapomniał o wydarzeniach minionego roku. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, kiedy do Shauna przychodzi znajomy naukowiec, który jak informują media jest martwy. Wiedza gościa okaże się kluczowa, żeby ponownie zacząć tropić spisek, który zagraża wszystkim.

Kończąc pierwszy tom chlipałam jak małe dziecko i bałam się spotkania z drugą częścią, bo mogła bardzo łatwo zepsuć to dobre wrażenie. Grant ma jednak na tę serię bardzo dobry pomysł, który skrupulatnie realizuje. Nie ma tutaj przypadkowych zdarzeń czy dialogów, wszystko jest przemyślane i logiczne. Wydarzenia opisane w „Feed” zmieniły bohaterów. Shaun jest wrakiem siebie samego i w niczym nie przypomina tego beztroskiego chłopaka, którym był. Jest agresywny, wciąż przechodzi załamania nerwowe. Żyje już tylko po to, żeby zdemaskować spisek, który wpędził go w takie położenie. Nie ma jednak pojęcia, z czym przyjdzie mu się zmierzyć.

Tom pierwszy posiadał dużą dawkę polityki, intryg. Tom drugi przenosi nas o poziom wyżej, bo nagle okazuje się, że mały polityczny spisek jest czymś znacznie większym i bardziej niebezpiecznym. W zasadzie na każdej płaszczyźnie w „Deadline” dzieje się więcej, jest więcej zwrotów akcji. Sporo dowiemy się o wirusie, który jest odpowiedzialny za powstanie martwych z grobów, ale nawet jeśli czegoś nie zrozumiecie, zawsze znajdzie się postać, która przekłada wywód na język ludzki. Mało tego pomimo wykładów na temat wirusologii „Deadline” ani przez chwilę nie jest nudny! Strona 182 była dla mnie jak cios w potylice. Zresztą mało tutaj wesołych wydarzeń. Nie sądziłam, że zakończenie poruszy mnie aż tak bardzo jak w przypadku pierwszego tomu. I wiecie co? Myliłam się! Grant robi coś tak niesamowitego i odważnego w ostatnim rozdziale, że do teraz nie mogę w to uwierzyć i wiem, że rok czekania na zamknięcie tej historii mnie dobije! Z drugiej strony patrzę z obawę w kierunku trzeciego tomu, bo jeśli autorka nie ma dobrego wyjaśnienia dla ostatniego rozdziału z łatwością może zakwestionować wydarzenia z pierwszej części.

Ciężko pisze się o książkach znakomitych, a taką jest „Deadline”. To inteligentny thriller polityczny napisany z humorem i odwagą. To książka o zombie, w której zombie schodzą na dalszy plan. Mało jest takich książek, dlatego nie przestanę mówić – czytajcie „Przegląd Końca Świata”! Nie będziecie żałować!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu SQN!

2 Komentarze

Filed under Książki

„Beta” Rachel Cohn

beta

Wydawnictwo Czarna Owca, 2013

Ilość stron: 315

 

 

„Beta” to powieść lekka i przyjemna, z pogranicza science-fiction adresowana dla starszej młodzieży – głównie żeńskiej części. Lubię czytać takie książki i często można wśród nich znaleźć prawdziwe perełki. „Beta” perełką nie jest, ale i tak dobrze bawiłam się podczas lektury.

Elizja jest klonem szesnastoletniej dziewczyny. Mało tego – jest klonem beta serii nastolatek i choć nikt nie wie, czy będzie „działała” szybko zostaje kupiona, by zostać towarzyszką. Dominium, gdzie Elizja żyje i gdzie została stworzona, to rajska wyspa dla najbogatszych spośród ludzi. Woda jest tu czystsza, powietrze zawiera więcej tlenu, a wszelką pracę wykonują klony, ponieważ nie mają duszy ani emocji, przez co są lepszą siłą roboczą niż zwykli ludzie, których na Dominium opuszcza wszelka chęć pracy. Elizja obiecuje sobie, że będzie najlepszą towarzyszką dla swojej nowej rodziny, ale szybko orientuje się, że coś jest z nią nie tak, kiedy podczas pływania widzi wspomnienia, które nie należą do niej, w czasie obiadu czuje smak potraw, które jak jej mówiono klonom nie smakują. Mało tego Elizja zaczyna czuć, co jest niedopuszczalne. Jednak prawdziwe problemy zaczną się, kiedy na jej drodze stanie Tahir…

Wszystkie opisy książki skupiają się właśnie na wątku romantycznym, a jest to błąd, bo Tahir pojawia się gdzieś w połowie książki, a sam romans wcale nie jest najistotniejszy w fabule. Poza tym nie przekonało mnie uczucie Elizji i Tahira i choć byłam nastawiona, że to najważniejsza część książki rozczarowanie było miłe. Bo ważniejsza od romansu jest sama Elizja, która jest zagubiona w niebezpiecznym świecie, w którym powiedzenie głośno, że lubi czekoladę może spowodować jej śmierć. I o tym jest „Beta” – o poszukiwaniu siebie, swojej tożsamości w świecie, w którym wmawiają ci, że nie masz duszy.

Wizja świata, którą przedstawia Rachel Cohn i poruszenie problemu klonowania ludzi jest świetne. Sam pomysł może nie jest zbyt nowatorski, jednak w połączeniu z lekkim stylem autorki wychodzi ciekawa, na pozór lekka książka dla młodzieży, która skłania do zastanowienia się nad pewnymi kwestiami. Dużym plusem powieści są też bohaterowie. Elizja sama nie wie, kim jest i odkrywa to powoli wraz z czytelnikiem. To jej zagubienie sprawia, że tak naprawdę niewiele różni się od prawdziwej nastolatki, której zresztą zachowanie pozwala jej imitować specjalny chip, który ma wszczepiony. Dobrze scharakteryzowani są również członkowie rodziny, która kupuje dziewczynę. Fascynuje mężczyzna, który pojawia się we wspomnieniach Elizji, które nie należą do niej. Nijaki na tym tle jest Tahir, ale jest to zabieg celowy i dobrze wykonany, choć przez to jego i Elizji miłość traci na wiarygodności.

Kiepsko rozłożona jest dynamika książki. Pierwsza połowa jest świetna, akcja jest powoli nakreślana razem z relacjami pomiędzy bohaterami, dowiadujemy się coraz więcej o klonach. Jednak od pojawienia się Tahira akcja powoli stopuje i robi się trochę zbyt cukierkowo. Znów im bliżej zakończenia tym więcej się dzieje. Natomiast samo zakończenie jest świetne – daje do myślenia i stwarza problemy, które z pewnością autorka pociągnie w kolejnym tomie. Jedynie jedna rzecz mi zgrzytała pod koniec, ale rozumiem, dlaczego autorka się na to zdecydowała i pewnie w kolejnych tomach będzie to bardzo ważna rzecz.

„Beta” to dobra książka, nie powala na kolana, ale czyta się ją bardzo dobrze. Pewnie sięgnę po kolejny tom, bo wiele spraw dotyczących klonów nie zostało wyjaśnionych, a jestem ciekawa, jak autorka zamierza je rozwiązać.

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Czarna Owca!

8 Komentarzy

Filed under Książki

„Lekcje Madame Chic” Jennifer L. Scott

lekcje madame chic

Wydawnictwo Literackie, 2013

Ilość stron: 292

 

 

 

 

Mam zasadę dotyczącą wakacyjnych lektur – powinny być proste i bawić. Niemal od razu wiedziałam, że „Lekcje Madame Chic” spełnią moją definicję wakacyjnej lektury i nie myliłam się. Chciałam przeczytać, jak Jennifer z szarej myszki stała się ikoną stylu dzięki 6 miesiącom spędzonym w Paryżu. Na szczęście książka opowiada nie tylko o jej przemianie, ale namawia, aby każdy zmienił swoje życie podobnie jak ona i są to rady bardzo cenne.

Jennifer spędziła pół roku we Francji na wymianie studenckiej, gdzie mogła obserwować życie francuskiej rodziny. Jednak rodzina Chic okazała się mieć arystokratyczne korzenie i kultywować rodzinne tradycje bycia chic! Stopniowo atmosfera domu oraz nienaganny wygląd i maniery pani domu, zaczęły wpływać na Jennifer, która z nieokrzesanej Amerykanki stała się prawdziwą damą. Paryż zmienił nie tylko wygląd i styl Jennifer, ale przede wszystkim jej podejście do życia, którym dzieli się w książce. Nie jest to jednak głupi poradnik jakich wiele, a bardzo zabawna i intrygująca historia.

Nie będę ukrywać, jestem zachwycona „Lekcjami…”. Podejście do życia, jakie przedstawia Jennifer niewiele różni się od mojego i na pewno wcielę w życie wiele jej rad. Ale pewnie zapytacie, jak wygląda w takim razie to podejście? Sprowadza się do czerpania radości z najdrobniejszych czynności, życia powoli, ale świadomie. W rozdziale o jedzeniu autorka zachęca nas, aby jeść dobrej jakości posiłki, jeść je powoli i rozkoszować się smakiem, zamiast zamartwiać się zbędnymi kaloriami. Oczywiście nie jest to namowa do obżarstwa, bo w tym samym rozdziale dowiemy się, że podjadanie nie jest chic i warto wyznaczyć sobie kilka stałych posiłków i się ich trzymać. Drobne rady i wskazówki, które zawarte są w książce naprawdę mogą zmienić życie na lepsze, a nie wymagają wielkiego wysiłku z naszej strony.

Siłą tej książki jest jej narracja. Lekki, gawędziarski styl autorki potrafi uwieść czytelnika. Czytając czułam się, jakbym słuchała dobrej przyjaciółki. I chyba ta pozycja w jakiej sytuuje się autorka ma wielkie znaczenie, bo ona nie poucza czytelnika, nie mówi, że tylko jej zdanie jest prawdziwe, namawia, ale robi to naprawdę chic 😉 Wiele jej rad jest ilustrowanych anegdotami z jej życia prywatnego, a szczególnie pobytu w Paryżu, który był dla niej tak wielką inspiracją, i są przezabawne! Oczywiście uśmiechałam się przy kilku fragmentach, ponieważ pewnymi rzeczami, mogła być zaskoczona chyba tylko Amerykanka, jak na przykład mówienie dzień dobry sklepikarzom.

Bardzo polecam „Lekcje Madame Chic”, bo pomagają zmienić podejście do życia i uczą jak być chic!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Literackiemu!

6 Komentarzy

Filed under Książki